O tym case uczy się już studentów. Nie tylko MBA. To przykład na to jak stworzyć nowy rynek. I zarobić milardy.
Po iPodzie (i iTunes) przyszedł iPhone-a a teraz czas na iPad-a. Czy polityka kreowania nowych rynków tym razem też zda egzamin?
Większy rysunek znajdziesz na Flickr
Ładnych kilka lat temu, mój kolega otworzył firmę zajmującą się marketingiem mobilnym. Nie był nowicjuszem w branży marketingowej i opowiadał mi o perspektywach rozwoju tego rynku z prawdziwym zapałem, kładąc nacisk na spodziewane zyski. Po dwóch latach znalazł inwestora i sprzedał mu tą firmę z prawdziwą ulgą. I tak, od kilku lat, wyglądają perspektywy rozwoju rynku marketingu mobilnego. Wszyscy o nich mówią, że są znakomite. I na tym się kończy. Przypomina to trochę poszukiwania świętego Graala, który w tym przypadku, miałby przenieść marketing na inny poziom – ciągłej obecności w życiu Klienta.
Dopiero pojawienie się iPhona z dużym wyraźnym ekranem i wygodnym interfejsem, coś w tej dziedzinie zmieniło. Uświadomiło mianowicie użytkownikom tych telefonów, że telefon może nie służyć tylko do dzwonienia.
I duże pieniądze na tej prawdzie, zaczął zarabiać, nowicjusz w branży telefonów… Apple
Serwis Gizmodo opublikował screen ekranu, który znajduje się pod opisem nowego dziecka koncernu z Cupertino – Iphona 3GS i zawiera mnóstwo zastrzeżeń co do powyższej specyfikacji. Redaktorzy z Gizmodo śmieją się, że zanim się go przeczyta, to na rynek wejdzie iPhone 4.
Na polskiej stronie iPhona znajduje się ten sam dokument, lekko przystosowany do naszego rynku.
Oczywiście, że wiemy po co firmy dodają takie “drobne druczki”. Po to, aby żaden klient, za mocno zasugerowany przekazem marketingowym, nie mógł po zakupie podać producenta do sądu mówiąc, że spodziewał się po produkcie lub usłudze czegoś innego. No i po, aby wyjaśnić precyzyjnie, to co było napisane, w przekazie marketingowym (no bo przekaz jest uproszczony, bla, bla, bla).
Tak wiem. Są różni klienci. Niektórzy tylko czyhają na błąd producenta, aby się na nim obłowić. Tak samo jak jest wielu producentów oszukujących swoich klientów.
Jednak ja we wpisie na Gizmodo widzę rozpacz. Rozpacz miliardów uczciwych klientów, którzy kupując produkty lub usługi, zdają sobie sprawę, że gdzieś tam jest “mały druczek”, który pozbawia ich szans w ewentualnym starciu z producentem.
Jestem przekonany, że gdyby te wszystkie zastrzeżenia nie były tak ukryte (no bo ile osób je przeczyta?) – Klienci czuliby się lepiej a sama relacja między nimi a producentem byłaby zdrowsza. I najpewniej – trwalsza.
Cóż nam prosumentom pozostaje? Głośno domagać się naszych praw i nie odpuszczać, żadnemu “uczciwemu inaczej” sprzedawcy.
Newspaper Association of America opublikowało dane statystyczne, z których wynika, że przychody z reklam w prasie w USA spadły w ciągu 4 lat o o 1/3.
Sięgnął do nich Alan D. Mutter, przeanalizował je i stworzył powyższy, brzydki, wykres, który robi właśnie karierę w internecie.
Każdemu, kto chciałby jednak załamywać ręce nad tymi danymi proponowałbym sięgnięcie do źródła, czyli do powyżej zlinkowanej strony NAA, która zawiera znacznie więcej ciekawych danych. Łącznie z tymi, że obecnie w USA sprzedaje się tyle samo gazet, co w 1966 roku i wykazaniem, jaki rodzaj prasy, najbardziej dostaje w tyłek. I dopiero po zapoznaniu się ze wszystkimi danymi – zacząć wyrywać sobie, lub w przypadku łysiejących szefów – sekretarce – włosy z głowy.
Te dane pięknie wpisują się w lament wydawców na całym świecie o tym, że ich czytelnicy odchodzą do internetu, który to kradnie im ich content i rozdaje go za darmo.
Wydawnictwa tradycyjne szukają sposobu na pobieranie opłat za ten content i szamocą się w poszukiwaniu sposobu na ponowne przyciągnięcie uwagi czytelników, którzy od nich odeszli, uwiedzeni przez ciekawszy i bardziej przyjazny, internet.
Według mnie, rozwiązaniem części ich problemów będzie prognozowany przez Forrester Reaserch wzrost sprzedaży czytników, tzw. e-readerów oraz e-książek. Ba! Forrester, który nie tak dawno twierdził, że Kindle i jemu podobne zostaną produktem niszowym, stwierdza, że rynek e-readerów jest “gorący”.

W ciągu ostatnich miesięcy Twitter znacząco wyprzedził - również rosnący, choć wolniej - serwis LinkedIn, pod względem ilości użytkowników.
Serwis ReadWriteWeb, pisze o ciekawym badaniu zrobionym wśród użytkowników LinkedIn. W ankiecie zadano im jedno proste pytanie: “Która z nowych platform jest jest najważniejsza do opanowania w celu zarządzania marką”. Do wyboru były: Twitter, Facebook, iPhone, Digg i LinkedIn.
Warto się temu przypatrzeć ponieważ od pewnego czasu Amazon jest przykładem firmy – nomen omen – z czasów web 1.0, która sprawnie przeszła do web 2.0 po drodze rozszerzając swoją działalność na całkiem klasyczną gospodarkę.
Core biznesem Amazon jest maksymalizacja wykorzystania swojej platformy sprzedażowej. Amazon zarabia dziś zarówno na klasycznej sprzedaży produktów przez swoją witrynę jak i na świadczeniu tzw. web services; udostępniając swoją przestrzeń dyskową, moc obliczeniową, itd. oraz na logistyce – dzierżawiąc fizycznie miejsce w swoich magazynach oraz obsługując sprzedaż towarów innych podmiotów.
Swoim pierwszym czytnikiem Kindle, Amazon weszła na przyszłościowy rynek sprzedaży contentu via internet. Dziś urządzenie to pozwala także kupować i czytać książki kupione w Amazon.com (Kindle Store), jak i codzienne gazety, czasopisma a nawet blogi.
A to wszystko, na dodatek, zapakowane w ładne, poręczne urządzenie z doskonałym czarno-białym ekranem w nowoczesnej technologii e-papieru. Oczywiście przy cenie 359 dolarów za sztukę, Kindle nie stanie się powszechnym zamiennikiem książek i czasopism, ale można przewidywać, że dla wielu klientów jego praktyczność i “moda na niego” to wynagrodzą.
Amazon wchodząc z Kindle na rynek iPhonów odważnie decyduje się na jednorazowe poszerzenie swojej grupy klientów – o kilkanaście milionów użytkowników tego telefonu. Nie obawia się przy tym o kanibalizację swojego produktu, ponieważ trudno go nawet porównywać pod względem wielkości ekranu z iPhonem.
Poza tym Amazon zakłada, że przede wszystkim będzie zarabiać na sprzedaży contentu a nie urządzeń. Przecież Amazon o wiele bardziej opłaca się sprzedać ebooka niż wysyłać tą samą książkę w formie papierowej. Zwłaszcza, że jak łatwo zobaczyć to na przykładzie iTunes – częstotliwość korzystania przez klientów z tej platformy sprzedażowej – jest o wiele częstsza niż w tradycyjnych sklepach (większa zyskowność klienta)
Oczywiście, żeby wszystko było jasne – przez iPhonowską aplikację Kindle nie da się kupić żadnej ksiązki. To trzeba zrobić przez internet na stronach Amazon.
Ale swoją drogą, na naszych oczach widać bardzo ciekawe zjawisko, gdzie dwie potężne firmy zarabiające na sprzedaży podobnych produktów wykorzystują swoje kanały dystrybucji do dalszego rozwoju. Apple umożliwa Amazon obsługę swoich klientów na platformie iPhona a Amazon skwapliwie z tego korzysta nie przejmując się ewentualnymi zagrożeniami dla swojej platformy Kindle. Bardziej liczą na efekt synergii, który w gospodarce sieciowej bardzo szybko przekłada się na skalę, będącą z kolei kluczem do zysków.
Bo dla Apple zyskiem będzie wzbogacenie – w oczach użytkowników iPhona – swojej oferty o dostęp do gigantycznych zasobów Amazon. Wilk syty i owca cała. Win- win.

Obstawiam raczej wersję, że małe rewolucje marketingowe umykają nawet tym, którzy sami biorą w nich udział. To normalne. Nie zmienia to jednak faktu, że warto o nich wiedzieć. I gdy ma to sens – korzystać z nich.
Kilka faktów. Elegancki i po “macowskiemu” “user friendly” iPhone wszedł z pompą na rynek w 2007 roku. Pewnie pamiętacie te główne światowe serwisy newsowe pokazujące kolejki przed sklepami Apple w USA i szczęśliwych posiadaczy pierwszych aparatów. iPhone stał się pewnym symbolem i przedmiotem kultowym – tak jak iPod. Dzisiaj ten telefon należy do najpopularniejszych smart fonów na świecie a jak wynika z badań jego użytkownicy są młodzi, bogaci i oswojeni z nowinkami technicznymi.
W cieniu tego całego genialnego marketingowego zamieszania razem z aparatem na rynek wszedł sklep z oprogramowaniem do niego. Tak samo prosty w użyciu jak sam telefon. Czyli jak cep. (pisałem przecież, że Brzytwa Ockhama to jest to
). Dla większości właścicieli Nokii, Samsungów, LG, itp. coś takiego jak dodatkowe programy na ich telefon nie istniało. To znaczy, oczywiście, można je kupić, ale konia z rzędem, temu, kto wiedział jak to się robi. I kto to robił
Tymczasem w iPhonie robi się to prosto, łatwo i przyjemnie. Każdy posiadacz tego telefonu wie, że ma przy sobie sklep z oprogramowaniem do telefonu i… chętnie z niego korzysta.
Na dodatek, Apple, udostępniło swój telefon wszystkim chętnym programistom z całego świata proponując im: – Wy róbcie programy, a my je będziemy sprzedawać w naszym sklepie. Dzielimy się zyskiem: 70 proc. dla Was. 30 proc. dla nas.
No i się zaczęło. App Store stał się wylęgarnią milionerów a liczba programów w tym sklepie sypnęła się niczym lawina. Wszystko to przez efekt skali – na początku lutego w App Store było już 15.000 programów, które zostały ściągnięte pół miliarda (tak – 500 mln) razy!!!
Jak podaje portal MyApple.pl, Ge Wang, twórca popularnej aplikacji Ocarina, dostępnej w App Store za 99 centów nie oczekiwał aż tak wielkiego zainteresowania swoją nową pozycją – w ciągu jednego miesiąca aplikację ściągnięto ponad 400 000 razy, a Wang do końca roku spodziewa przychodu w wysokości miliona dolarów.
Steve Demeter, twórca gry Trism zarobił w ciągu kilku tygodni 100.000 dolarów. - Pracuję na pełen etat, dlatego na stworzenie mojej gry przeznaczałem mój czas wolny – mówi Demeter.
W App Store są również tuzy świata softwarowego. Grupa Pangea Software zarobiła swoich grach na przeniesionych na platformę iPhona w ciągu 4 miesięcy – 5 mln dolarów. - To więcej niż dzięki wszystkim aplikacjom, jakie firma stworzyła na Maka w ciągu ostatnich 21 lat – przyznaje Brian Greenstone, właściciel Pangea Software.
Genialność App Store polega na tym, że każdy, kto umie, może skorzystać z unikalnej szansy sprzedaży swojego produktu/usługi klientom na całym świecie. Wie o tym doskonale kilkanaście firm z Polski, które już w App Store są – możecie zresztą przeczytać o nich na MyApple.pl.
Oczywiście znalazły się również myślące działy marketingu, które wykorzystały tę platformę do swoich celów. Bezpłatny symulator jazdy Audi A4 przygotowany przez amerykański oddział tego koncernu przez wiele tygodni był jednym z najpopularniejszych programów ściąganych przez setki tysięcy użytkowników i dzisiaj nadal znajduje się w setce najpopularniejszych bezpłatnych programów w App Store.
Dla tych wszystkich powodów zadziwiającym dla mnie były okrągłe oczy mojego kolegi. Myślę jednak, że podobnie szeroko zamknięte oczy ma mnóstwo firm w Polsce.
Onet ma już swoją aplikację dla iPhona. Ale dlaczego nie ma go Agora? A posiadający gigantyczne i użyteczne pokłady informacji Infor? Dlaczego nie mogę ściągnąć sobie aplikacji Orlenu, która poinformuje mnie ile kosztuje paliwo na najbliższej stacji i gdzie ją znajdę? Dlaczego Citibank nie stworzył jeszcze kanału komunikacji przez iPhona? Dlaczego żadna z szanownych spółek giełdowych nie stworzyła jeszcze programiku pokazującego co się dzieje na giełdzie i przesyłającej mi najnowsze informacje z jej działalności? Dlaczego urząd miasta Warszawy lub Wrocławia nie stworzył jeszcze takiej aplikacji informującej o tym co ciekawego można w nim zobaczyć?
Pomysły można mnożyć, natomiast jeden fakt pozostaje niezmienny. Jakoś tak nam ta rewolucja przechodzi bokiem.
Oczywiście już widzę tych marketingowców siedzących za biurkiem i tłumaczących. – Ale tych iPhonów jest w Polsce zaledwie kilkadziesiąt tysięcy, to nie jest warte swoich kosztów.
A właśnie, że jest! Za Apple idą już inni: Nokia gorączkowo stara się wypuścić produkt podobny do iPhona. Blackberry już go ma. Google stworzył Androida. Gdzieniegdzie mamy już sieć komórkową 3g, właśnie zaczyna się mówić o 4G (filmy jakości HD w czasie rzeczywistym), mamy coraz więcej punktów WiFi. Sukces Naszej Klasy wciągnął do internetu naszych rodziców i dziadków. Wkrótce komórka rzeczywiście stanie się osobistym komunikatorem – nie tylko telefonem, ale również przeglądarką internetu i źródłem podręcznej wiedzy.
To wszystko, moim zdaniem wystarczy, aby już dziś pracować w technologii, która na naszych oczach staje się standardem. Wystarczy otworzyć oczy.
Gdzie wtedy Wy drodzy Państwo będziecie? Już wiem – głęboko w peletonie, patrząc z zazdrością na tych, którzy pobiegli przodem.