Niedawno pastwiłem się nad stronami www naszego urzędu prezydenckiego, premiera i Sejmu porównując je do strony Białego Domu. Byłem niesprawiedliwy. 

Tak przynajmniej myślę po obejrzeniu poniższej prezentacji. Nie można stawiać takich samych wymagań dzieciom ze środkowej Afryki i z USA. Ich aparat pojęciowy jest po prostu całkiem inny. I to samo dotyczy polskich polityków i amerykańskich. To znaczy polscy pewnie by chcieli być podobni do tych z Ameryki, ale  niestety… To by wymagało sporej pracy i konieczności nauczenia się czegoś bardzo dla nich nowego🙂

Powyższa prezentacja pokazuje jak sztab Barracka Obamy wykorzystał możliwości internetu do nadania rozmachu swojej kampanii. „Powered on the web, not advertised on it”  – piszą twórcy tej prezentacji Paul van Veenendaal i Igor Beuker z ViralBlog.com. I próbują odpowiedzieć na pytanie czego marki (brands) mogą nauczyć się od Barracka Obamy.

O tym, że ta kampania była genialna już wiemy, ale czy jest to dziwne skoro w internecie odpowiadał za nią 24 letni Chris Hughes?. Tak, ten sam facet, który był współtwórcą Facebook-a, opuścił go, tylko po to, aby zająć się kampanią Obamy. Tym na co warto zawrócić uwagę jest fakt, że Obama w sferze marketingowej został potraktowany jak brand, a sama kampania mająca go odpowiednio pozycjonować wykorzystała maksymalnie możliwości współczesnego internetu społecznościowego. I niewiele w niej pozostawiono przypadkowi.

Politycy politykami, a ile działających w Polsce firm potrafiłoby pokazać, że przeprowadziło kampanię na podobnym poziomie skomplikowania i skuteczności?