Archives for the month of: Marzec, 2009

Microsoft popełnij reklamę, w której podśpiewuje się z Apple. Na rynek amerykański. A w Polsce zawrzało 🙂

Gdy pierwszy raz zobaczyłem tą reklamę, to tylko pomyślałem, że Microsoft co chwila sięga po inną stylistykę w swoich reklamach. Potem na Antyweb.pl wziąłem udział w ciekawie zapowiadającej się dyskusji na jej temat. A teraz jestem lekko oszołomiony i na pewno rozbawiony dyskusją jaka tam trwa. Zresztą nie tylko tam. Na całym świecie trwają dyskusje appple-manniaków z peceteo-maniakami. Chyba, trochę nieoczekiwanie dla samego Microsoftu, udało mu się wsadzić kij w mrowisko. Prawdziwy viral się z tego zrobił.

Więc grzecznie się do niego dołączam ze swoimi przemyśleniami 🙂

microsoft-ad Czytaj resztę wpisu »

Reklamy

Brytyjska policja rozpoczęła kampanię społeczną mającą na celu zwiększenie bezpieczeństwa. Ta kampania jest właśnie roznoszona na strzępy przez internautów. Czytaj: obywateli do których jest skierowana.

street_chemicals_posterstreet_chemicals_cctv1

Idea była taka – billboardy prezentujące sceny z naszego codziennego życia z krótkimi hasłami mającymi zwrócić uwagę na potencjalne zagrożenia terrorystyczne. I rozwiązanie: zgłoś to co widzisz na specjalną policyjną infolinię.

Czytaj resztę wpisu »

CSR robi gigantyczną karierę w świecie korporacji. Bo idea piękna a i wizerunek się przy tym wzmacnia. Właśnie widzimy zderzenie idei z rzeczywistością.

gordon_gekkoDziś praktycznie w każdej większej firmie CSR jest gdzieś wpisany do strategii działania – no bo wypada a poza tym jak to dobrze wygląda. Również w CV managera, który może napisać, że poświęcał temu tyle uwagi.

Czytaj resztę wpisu »

Film reklamujący Bydgoszcz i produkty Microsoftu staje się powodem „malutkiego” kryzysu public relations tych dwóch podmiotów. Uważam, że niepotrzebnie – trzeba było tylko pomyśleć o konsekwencjach nieco wcześniej.

Jacek Zawadzki z bydgoskiej Gazety Wyborczej informuje, że władze Bydgoszczy grają w filmie reklamowym Microsoftu, gdzie na zasadzie case-u opowiadają o wprowadzeniu w swoim urzędzie oprogramowania tej firmy. Piotr Waglowski na swoim vortalu Vagla opisuje to wydarzenie pod tytułem „Ekipa z Bydgoszczy strzela sobie w stopę”. Ja uważam, że akurat taki film to „samo dobro”, a jeśli pies jest gdzieś pogrzebany – to całkiem gdzie indziej.

Nie będę tutaj polemizował z autorem tego newsu – Jackiem Zawadzkim, ponieważ w swoim tekście poza opisem wydarzenia – jak domyślam się  – negatywnie przez niego odbieranym, nie zdobywa się na żadną opinię. Na szczęście robi to nieoceniony Piotr Waglowski, więc do jego tekstu się odniosę.

W skrócie, według Piotra, Microsoft bezwzględnie wykorzystał powagę i wizerunek urzędu publicznego do promocji swoich wyrobów, a występujący w filmiku urzędnicy nie wzięli tego pod uwagę. I z tym zdaniem warto polemizować.

W marketingu tego typu zabiegi nazywa się transferem wiarygodności – co jest pojęciem z zakresu psychologii opisanym w 1974 roku M.E. Heilman, ale wykorzystywanym od dawien dawna przez każdego sprzedawcę czy polityka czy osobę szukającą pracy. Listy polecające, namaszczenie polityka przez władze kościelne, rekomendacje – to wszystko i jeszcze wiele zjawisk z którymi mamy na co dzień, zahacza o to szerokie pojęcie.

Nie jest więc dziwne, że uwielbiają je wykorzystywać firmy chcące uwiarygodnić swoją ofertę.

Mistrzem podobnych filmików jest Apple, który na swojej stronie od wielu lat publikuje story i wideo opisujące i pokazujące setki osób i instytucji. W dziale „Macintoshe w akcji” można znaleźć naukowców, artystów, biznesmenów, architektów. lekarzy – generalnie całą rzeszę zadowolonych klientów korzystających z produktów tej firmy. Takie filmy kręcą setki innych firm, które wiedzą, że nic ich oferty bardziej nie uwiarygodni niż przykłady z życia wzięte.

Nie widzę, więc żadnego problemu w tym, że podobny film nakręcił Microsoft i Urząd Miasta Bydgoszczy. Zwłaszcza, że ten film da się oglądać. Nie ma może tej lekkości, co filmy Apple, ale nie wymagajmy już za dużo 🙂

Mnie raczej cieszy to, że samorządowcy doceniają wagę takich rozwiązań technologicznych i liczę na to, że dzięki nim, będą lepiej robili to, za co im płacę. I fajnie, że próbują się komunikować ze swoimi mieszkańcami oraz szerszym otoczeniem przez profesjonalny film opowiadający o mieście i działającym w nim nowoczesnych rozwiązaniach. W sytuacji gdzie większość urzędników w Polsce po wybraniu na swoje stanowisko zamyka się w szklanej wieży – każda próba dobrej jakościwowo komunikacji władzy z otoczeniem – zasługuje na pochwałę

Jednak każda taka akcja marketingowa wymaga rozważenia wszelkich za i przeciw. I przygotowania – zarówno przez Urząd Miasta w Bydgoszczy i firmę Microsoft – właściwej kampanii public relations tłumaczącej naszemu otoczeniu – co chcemy przez to osiągnąć.

Na gorąco widzę następujące problemy, które należało wcześniej zidentyfikować i przygotować właściwe reakcje na nie:

1. Jeżeli Urząd Miasta Bydgoszczy zapłacił firmie Microsoft za oprogramowanie pełną cenę i niejako w wianie dał jeszcze swój wizerunek do filmu, to co za to innego zyskał?

  • Kasia Cichopek albo Doda zanim weźmie udział w jakiejś reklamie – negocjuje warunki finansowe. Nie spodziewałbym się, że te osoby kupią sobie biżuterię a następnie będą występować w reklamach producenta tejże za darmo. Prawda?
  • Ile mniej zapłacił Urząd Miasta za oprogramowanie Microsoftu, że zgodził się na taką transakcję wiązaną? Lub co innego zyskał w ramach tego kontraktu?

2. Czy Urząd Miasta Bydgoszczy wyróżnia się pozytywnie na tle innych miast pod kątem obsługi petentów?

  • Tylko w takiej sytuacji przeciętny mieszkaniec Bydgoszczy przełknie świecące komputerki, internety w komórce i synchronizację kalendarzy on-line. Bo jeśli nie – to urzędnicy na własne życzenie stawiają się w sytuacji szefa fabryki, który w ramach kryzysu zamraża pensje a sobie kupuje nowe Porsche. Taki człowiek nie ma co liczyć na zrozumienie.
  • Jakieś twarde dane?

3. Czy Microsoft wybrał sobie na partnera do tej reklamy miasto o realnej przewadze nad innymi, pod kątem obsługi petentów?

  • Bo jeśli nie jest to oczywiste, to równie dobrze można było kasę za tą reklamówkę wysłać do mnie. Obiecuję, że kupię sobie za to wycieczkę. Środowisko samorządowców jest małe i zamknięte. Wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, więc jeśli Bydgoszcz rzeczywiście nie zyskała dzięki temu wyraźnej przewagi – to pozostali klienci z tej grupy docelowej – „nie kupią tego”.

4. Czy Microsoft przemyślał zanim rozpoczął tą akcję ewentualne problemy w opisanych powyżej punktach 1 i 2?

Każda akcja wywołuje reakcję. Dlatego mamy nas uczyły, że zanim coś się zrobi, to trzeba pomyśleć.

Bo inaczej można sobie zrobić kuku. Wizerunkowe.

A tak w ogóle to warto sobie obejrzeć film jak to samo się robi w Apple 🙂

Trochę wiedzy o konsumencie w dobie social web nie zaszkodzi. Zwłaszcza jeśli jest to wiedza o polskim konsumencie.

Prezentacje zawierające twarde dane są traktowane przez prezentujących jak tajna broń. Wiadomo – służą do zarabiania pieniędzy, więc dzielenie się tą wiedzą nie zawsze jest najlepszym pomysłem. Na szczęście – właśnie w dobie social web i otwartej komunikacji z odbiorcami – coraz więcej firm udostępnia publicznie swoją wiedzę. A przynajmniej tą jej część, która nie ma dla prezentujących – stricte strategicznego znaczenia.

Dzięki temu firmy budują swój wizerunek  a my – czytelnicy – mamy w sieci coraz więcej wartościowych dokumentów, które mogą posłużyć do budowania naszej strategii lub po prostu – poszerzania wiedzy.

Ja o tej prezentacji dowiedziałem się z komentarza Macieja Makuszewskiego z Euro RSCG Sensors umieszczonego pod jednym z wpisów na moim blogu. Wot! Prawdziwa interaktywność 🙂 Taką lubię!

Poniższa prezentacja to ciekawa lektura dla każdego managera. I nie ma co się przerażać objętością – te 65 stron naprawdę dobrze i szybko się przegląda.

A jeżeli ktoś jeszcze będzie chciał przeczytać mój komentarz – to zapraszam na następną stronę. Czytaj resztę wpisu »

Marketerzy w Polsce podchodzą do Kościoła jak pies do jeża. I nie ma się co dziwić. Potencjał olbrzymi, ale ryzyko również.

momentum-how

Kiedyś, prawie 10 lat temu, z pewną taką nieśmiałością, klientom banku, w którym byłem dyrektorem marketingu, zaczęliśmy dodawać do zakładanych lokat, film o Watykanie Jana Pawła II. To naprawdę działało!

Nazwaliśmy ten element naszego marketingu niezbyt zgrabnie – „kościelnym”. W planach mieliśmy znaczące rozwinięcie komunikacji z tą grupą docelową, choć może precyzyjniej będzie napisać – szersze wykorzystanie tego kanału komunikacji. Ale jak to często w życiu bywa – temat był zbyt odważny a i okoliczności niezbyt sprzyjające.

Dlatego z prawdziwym zainteresowaniem przeczytałem informację Moniki Biedrzyckiej z Momentum Worldwide, że jej agencja w USA zdobyła trzy nagrody Reggie Awards za kampanię “How Sweet The Sound” dla Verizon Wireless (operator telefonii komórkowej).

W kampanii tej, chodzi tak naprawdę o wybór najlepszego chóru kościelnego w Ameryce. Czyli nic innego jak ten wspomniany powyżej przeze mnie – „marketing kościelny” w najczystszej postaci.

Chóry kościelne w Stanach to zazwyczaj mocno osadzone w lokalnych społecznościach grupy nobliwych przedstawicieli wszystkich klas społecznych. Z całym ich przekrojem socjo- i demograficznym. Krótko mówiąc – świetna grupa docelowa.

Ciekawe czy w Polsce doczekamy się, że któryś z dużych zawodników rynkowych spróbuje dotrzeć do rynku wykorzystując ten kanał komunikacji?

Będzie na pewno trudniej, bo polski Kościół nie jest tak otwarty jak wspólnoty protestanckie a na dodatek z pewną rezerwą podchodzi do materialnej strony życia swoich wyznawców. Ale nie zmienia to faktu, że ma olbrzymi autorytet i często – prężne lokalne społeczności. Rownież takie, które nie są zasłuchane w radio Maryja.

Więc szef marketingu tej firmy, która jako pierwsza mocno chwyci ten kanał komunikacji/grupę docelową – też pewnie zdobędzie laury zwycięzcy na jakimś konkursie 🙂

Ja tylko błagam: niech to nie będzie konkurs polskich chórów kościelnych! To trochę inny repertuar i linia melodyczna niż w amerykańskim gospel 🙂

Czy Nasza Klasa śpi, czy też w tajemnicy szykuje coś nowego?

nk

Grzegorz Marczak na swoim Antywebie zastanawia się, dlaczego Nasza-Klasa popełnia błąd polegający na nieotwieraniu się na zewnętrzne aplikacje (nie udostępnia swojego API). Jako kontrprzykład podaje m.in. Facebooka i polskiego Blipa, który, dzięki udostępnieniu API zyskał wiele ciekawych programów tworzonych przez użytkowników.

To dobre pytanie. Nasza Klasa jest fantastycznym sukcesem pod względem zasięgu, marki i jako start-up. Cała Polska zapisała się najpierw do Naszej Klasy a następnie emocjonowała się jej chorobami wieku dziecięcego by na końcu szczerze gratulować jej młodym założycielom błyskawicznego sukcesu finansowego

Dzisiaj Nasza Klasa jest tym czym Facebook był na początku swojej działalności. Tylko, że po udostępnieniu w 2007 roku (zwróćcie uwagę – zaledwie 2 lata temu) swojego API, Facebook jest już czymś zupełnie innym.

Facebook udostępnił wirusowy mechanizm dystrybucji aplikacji, które po prostu są dołączane do jego platformy i od razu dostępne jego wszystkim 175 milionom użytkowników. Dziś ma ponad 660 tysięcy zarejestrowanych developerów, którzy stworzyli ponad 52 tysięcy aplikacji na Facebooka. Obecna wartość Facebooka dla jego użytkowników oraz dla tworzących dla niego developerów polega na tym, że gdy któryś użytkownik zaczyna korzystać z jakiejś aplikacji, wiadomość o tym stosunkowo łatwo może trafić do jego wszystkich przyjaciół (a średnio jeden użytkownik ma ich 120), którzy również mogą zacząć z niej korzystać. Typowy marketing wirusowy spotęgowany gigantyczną liczbą użytkowników Facebooka zgodny z krzywą rozpowszechniania Bassa.

Oczywiście gdy w 2004 roku Mark Zuckenberg, jako student Harvardu tworzył Facebooka nie myślał o krzywej Bassa, choć zapewne się o niej uczył (od lat 70-tych ten model pomaga szacować jak wielu klientów i jak szybko kupi dany produkt – stosowany do samochodów i pralek, dziś dostarcza również danych do szacowania rozwoju sieci społecznych online) – tylko chciał stworzyć fajne tablo online dla swoich przyjaciół.

Założę się jednak, że dwa lata później, gdy obok niego i jego kolegów siedzieli na posiedzeniach Zarządu i Rady Nadzorczej przedstawiciele inwestorów – finansiści i managerowie, którzy na takich „firemkach” jak Facebook zjedli zęby – ten model i kilkadziesiąt innych był non stop na tapecie. O kilkudziesięciu case-ach, w których Ci ludzie uczestniczyli jako twórcy ich sukcesu lub niepowodzeń – już nie wspomnę.

Bo podstawowym pytaniem było już – jak się dalej wykładniczo rozwijać i w jaki sposób uzyskać najlepszy (co nie znaczy wcale najszybszy) zwrot na zainwestowanym kapitale. Więc udostępnienie przez Facebooka API, nie było przypadkowym efektem natchnienia Zuckenberga, tylko przemyślaną i na bieżąco modyfikowaną strategią najlepszej – jak wynikało z ich danych i doświadczenia (!) – ścieżki rozwoju. Na której końcu – leżą duże pieniądze.

Po co o tym piszę? Bo skoro Grzegorz Marczak uważa, że Nasza Klasa popełnia błąd nie chcąc Facebooka akurat w tym w tym naśladować, to według mnie, wcale nie oznacza, że ma inną drogę rozwoju.

Inwestorzy Naszej Klasy nie pochodzą może z Doliny Krzemowej, ale mają porównywalne doświadczenie jak Ci z Facebooka. I również pracują na twardych danych wyskakujących im w rozbudowanych arkuszach kalkulacyjnych.

Więc, według mnie, przyczyny takiego stanu rzeczy mogą być dwie.

Albo ciężko zasuwają próbując właśnie stworzyć właśnie taki API, który umożliwi im w sytuacji działalności w średnim kraju – stworzenie opłacalnego modelu biznesowego. Nie jestem programistą, więc o ewentualnych problemach związanych ze stroną techniczną takiego przedsięwzięcia nie będą się wypowiadał. Jednak ewentualność, że może po prostu jeszcze tego nie umieją zrobić, warto mieć gdzieś z tyłu głowy.

Albo nas zaskoczą pokazując, że znaleźli swoją, polską, drogę rozwoju tego typu serwisów – opierając się na swoim zasięgu i traktując cały portal jako świetne medium reklamowe do którego dostępu nikt inny, oprócz nich, nie ma.

Trzeciego wariantu, że po prostu przesypiają moment, gdy trzeba zdecydować się na to – jak dalej się rozwijać – nie przyjmuje. Bo wtedy, za kilka miesięcy, Nasza Klasa, posypując głowę popiołem i wymieniając część obecnych managerów, wejdzie na drogę Facebooka. Byle tylko ten ostatni lub któryś z pracujących z nim developerów, do tego czasu nie stworzył jakiejś sprytnej aplikacji zasysającej dane z Naszej Klasy i bezproblemowo wklejącej je do Facebooka.

Bo to może boleć 🙂

Znalazłem cudowny zestaw reklam LEGO. I nie zawahałem się go pokazać. No bo w końcu to jest LEGO! 🙂

lego-1

lego2

Więcej reklam LEGO znajdziecie na tej stronie.

Mała śnieżyca wewnątrz przezroczystego billboardu stojącego na przystankach w Oslo reklamuje resort narciarski Tryvann Winter Park ski położony 15 minut drogi od stolicy Norwegii (szczęściarze!).

snowingbillboard02

Ponieważ w tym roku, w centrum Oslo, padało bardzo mało śniegu, za każdym razem, gdy w pobliskim Tryvann zaczyna śnieżyć – dzięki sms-owi – i sprytnemu mechanizmowi wymyślonemu przez Agencję TBWA  – w billboardzie zaczynają krążyć, padać, płatki śniegi pokazując widzom, że niedaleko od nich jest prawdziwa zima.

Genialne!

Państwo z Zieleńca, Karpacza, Czarnej Góry, Zakopanego – to daje do myślenia, prawda? 🙂

tbwa

Co jest lepszą promocją dla miasta? Czynna pół roku świecąca fontanna czy czynny cały rok świat w miniaturze? Odpowiedź jest oczywista. Jednak nie dla wszystkich.

Jest w Polsce takie miasto znane z tego, że jest znane. Wrocław się nazywa. Ma piękny Rynek, piękne parki, najbardziej dziurawe drogi w Polsce i fantastycznych mieszkańców wybierających sobie samorząd od lat startujący z uporem Gracjana Roztockiego w konkursach na organizację imprez, w których nie mają żadnych szans. Takie miasto-celebryta. Jola Rutowicz i Frytka w jednym.

Właśnie trafiłem na informację, że w Hamburgu działa największa na świecie miniaturowa kolejka. To jedna z najbardziej popularnych, stałych wystaw w Niemczech, która dziś na 4 tys. m. kw. mieści 900 m. kw. torów kolejowych, kanały z pływającymi statkami, ulice z jeżdżącymi samochodami, fiordy z pływającymi łodziami, lotnisko z ruchomymi samolotami i prezentuje krainy Niemiec, Skandynawii i USA. Do 2014 roku, sumienni Niemcy zapowiadają powiększenie wystawy do 6 tys. m. kw. i 1,8 tys. m. kw. obszaru zabudowanego miniaturami. Więcej statystyk można znaleźć tutaj.

Mnie zainteresowała jedna pozycja w tych statystykach. Do tej pory koszt budowy tego cuda, o którym piszą światowe media wyniósł 7 mln 300 tys. Euro. Docelowo ma wynieść ok. 15 mln Euro. Co jeśli zbilansujemy to wpływami z biletów (dzieci 5 Euro, dorośli 10 Euro) i będziemy pamiętać, że widzowie przychodzą oglądać tą wystawę codziennie, przez cały rok i będą to robić przez wiele lat – wydaje się całkiem przyzwoitym biznesem.

I tak porównałem to sobie z pomysłem wrocławskich samorządowców, którzy postanowili wybudować kosztem 20 mln zł (ok. 6 mln Euro) fontannę. I zapowiadając, że będzie równie piękna i sławna jak ta w Barcelonie.

Nie wiem. Nie znam się na grających i śpiewających fontannach. Ale znam się na atlasie. I wiem, że gdy dziś we Wrocławiu są 4 stopnie, to w Barcelonie jest 17. I tak sobie myślę, że tamta fontanna, w tamtym klimacie będzie czynna nieco dłużej od tej wrocławskiej. I będzie nieco bardziej przydatna dla mieszkańców i turystów. O kosztach konserwacji tych dwóch obiektów w okresie zimowym już nie wspomnę.

Ale nic to, jak to mówił klasyk, Pan Wołodyjowski do swojej Basieńki. To kolejny przykład kampanii marketingowych oderwanych od rzeczywistości. Co zainteresuje grupę docelową (turystów i mieszkańców) takiego miasta jak Wrocław – fontanna czy fantastyczna wystawa miniaturek? Na to pytanie już latem tego roku odpowiedzą tłumy w Hamburgu czy Berlinie, których na pewno nie będzie we Wrocławiu.

Rozumiem, że ambicje celebrytów są ogromnie i dlatego, nawet mimo braku umiejętności, pchają się na afisz. Ale miastami nie interesuje się show biznes i prasa kolorowa. Więc konkurowanie z Jolą Rutowicz na większą fontannę czy też palmę naprawdę nie ma sensu. Wygra Jola.

Mieszkańcy i turyści wolą parki miniatur, pingwinaria, wystawy Lego i tego typu przyziemne przyjemności. Ale do budowy takich rzeczy trzeba mieć mniejsze ego 🙂

%d blogerów lubi to: