Na blogu NormanJournalismLab z Uniwersytetu Harvarda, autor Joshua Benton stawia tezę, że skoro użytkownicy nie zechcą płacić za usługi Facebook, to nie zapłacą również za pracę dziennikarza w miejskim Ratuszu.

nieman

Na tą informację trafiłem dzięki blogowi Brutto Marcina Jagodzińskiego. Swoją tezę Benton stawia na podstawie warsztatów jakie przeprowadził z uczniami prywatnej szkoły będącymi użytkownikami Facebooka (1- 1,5 godz. dziennie)  i którzy na pytanie, co by zrobili, gdyby wprowadził on opłaty, odpowiedzieli, że przestaliby z niego korzystać i przenieśli się na MySpace lub w inne, bezpłatne miejsce. Benton wysnuwa wniosek, że w dobie tak wielu bezpłatnych usług substytucyjnych w internecie, nikt nie będzie chciał płacić drobnych kwot za prawdziwe newsy dziennikarskie. Bo skoro te dzieciaki nie chcą płacić za korzystanie z platformy, którą wykorzystują na co dzień i która jest dla nich niezwykle przydatna, to jaka jest szansa, że zapłacą za przeczytanie jakiegoś newsa?

Taka teza ma swoje znaczenie w świecie, gdzie z powodu braku czytelników i reklamodawców zamykane są tradycyjne gazety a właściciele tych jeszcze działających zastanawiają się jaki ich czeka los. Część gazet przenosi się do internetu a większość nie ma zielonego pojęcia co przyniesie im dzień jutrzejszy.

Uważam, że Benton się myli. Nie można porównywać funkcjonowania Facebook z płatnym dziennikarstwem. I do tego polać to sosem mikropłatności i poprószyć pudrem opinii dzieciaków korzystających z iTunes podpiętego pod kartę kredytową taty.

facebook

To, że Facebook jest bezpłatną platformą dla użytkowników nie wynika z tego, że klienci nie zechcą za niego płacić lecz z przyjętej przez założycieli strategii działania. Notabene, jest to przykład jednej z najskuteczniejszych strategii w historii biznesów opartych o sieci społeczne. Facebook zarabia jako platforma reklamowa oraz poprzez udostępnienie swojego API zewnętrznym firmom do świadczenia usług w ramach platformy (to widać zwłaszcza w USA).linkedin

Co do usług substytucyjnych. Facebook i LinkedIn są takimi usługami. A przecież jedna jest bezpłatna a druga – wręcz przeciwnie (mówię o rozszerzonej funkcjonalności). I obydwie firmy radzą sobie świetnie. Tyle, że wynika to po prostu z różnych strategii działania.

LinkedIn zarabia na aktywności kilku procent swoich użytkowników, którzy chętnie płacą za możliwość komunikowania się z resztą, którzy ten serwis traktują raczej jako swój elektroniczny wizytownik. A przecież obydwa serwisy służą do budowania sieci społecznych! Więc rwanie szat, że klienci nie zechcą płacić za treści/usługi dostarczane im przez web – jest niepotrzebne. Klienci zapłacą – tylko firmy muszą im dostarczyć, to czego oni potrzebują.

W przypadku dziennikarstwa trzeba zmienić podejście do dostarczanej treści. Model, gdzie dziennikarz zza biurka dostarcza treść, która, jak mu się wydaje, zainteresuje czytelnika, odchodzi do lamusa. Dziś dziennikarz musi wiedzieć co dokładnie interesuje czytelnika i tą wiedzę mu dostarczać.

Czy nie zapłacilibyście złotówki lub dwóch tygodniowo za dostęp do strony, która informowałaby Was co się dzieje w Waszej dzielnicy i w której pracujący tam dziennikarz, w Waszym imieniu, dowiadywał się kiedy zreperują tą dziurę na Waszej ulicy, ile dzieci przyjmą do przedszkola, kim jest nowa nauczycielka w szkole Waszego dzieciaka lub kogo zatrudnił i dlaczego Urząd Gminy?

A jeżeli dodamy do tego lokalną sieć społeczną (a’la Bliziutko.pl) i możliwość swobodnej rozmowy na czacie lub na liście dyskusyjnej z tym dziennikarzem i okolicznymi mieszkańcami, to czy nie uważacie, że content w ten sposób wypracowany będzie wart każdej złotówki, którą zapłacicie? Ja jestem gotowy.

Oczywiście, jest jedno ale. Po co w takiej sytuacji utrzymywać całą redakcję, biura, korektę, sekretarkę, kierowcę i kolportaż? No cóż. Może to właśnie jest ta przyszłość czwartej władzy?