Co jest lepszą promocją dla miasta? Czynna pół roku świecąca fontanna czy czynny cały rok świat w miniaturze? Odpowiedź jest oczywista. Jednak nie dla wszystkich.

Jest w Polsce takie miasto znane z tego, że jest znane. Wrocław się nazywa. Ma piękny Rynek, piękne parki, najbardziej dziurawe drogi w Polsce i fantastycznych mieszkańców wybierających sobie samorząd od lat startujący z uporem Gracjana Roztockiego w konkursach na organizację imprez, w których nie mają żadnych szans. Takie miasto-celebryta. Jola Rutowicz i Frytka w jednym.

Właśnie trafiłem na informację, że w Hamburgu działa największa na świecie miniaturowa kolejka. To jedna z najbardziej popularnych, stałych wystaw w Niemczech, która dziś na 4 tys. m. kw. mieści 900 m. kw. torów kolejowych, kanały z pływającymi statkami, ulice z jeżdżącymi samochodami, fiordy z pływającymi łodziami, lotnisko z ruchomymi samolotami i prezentuje krainy Niemiec, Skandynawii i USA. Do 2014 roku, sumienni Niemcy zapowiadają powiększenie wystawy do 6 tys. m. kw. i 1,8 tys. m. kw. obszaru zabudowanego miniaturami. Więcej statystyk można znaleźć tutaj.

Mnie zainteresowała jedna pozycja w tych statystykach. Do tej pory koszt budowy tego cuda, o którym piszą światowe media wyniósł 7 mln 300 tys. Euro. Docelowo ma wynieść ok. 15 mln Euro. Co jeśli zbilansujemy to wpływami z biletów (dzieci 5 Euro, dorośli 10 Euro) i będziemy pamiętać, że widzowie przychodzą oglądać tą wystawę codziennie, przez cały rok i będą to robić przez wiele lat – wydaje się całkiem przyzwoitym biznesem.

I tak porównałem to sobie z pomysłem wrocławskich samorządowców, którzy postanowili wybudować kosztem 20 mln zł (ok. 6 mln Euro) fontannę. I zapowiadając, że będzie równie piękna i sławna jak ta w Barcelonie.

Nie wiem. Nie znam się na grających i śpiewających fontannach. Ale znam się na atlasie. I wiem, że gdy dziś we Wrocławiu są 4 stopnie, to w Barcelonie jest 17. I tak sobie myślę, że tamta fontanna, w tamtym klimacie będzie czynna nieco dłużej od tej wrocławskiej. I będzie nieco bardziej przydatna dla mieszkańców i turystów. O kosztach konserwacji tych dwóch obiektów w okresie zimowym już nie wspomnę.

Ale nic to, jak to mówił klasyk, Pan Wołodyjowski do swojej Basieńki. To kolejny przykład kampanii marketingowych oderwanych od rzeczywistości. Co zainteresuje grupę docelową (turystów i mieszkańców) takiego miasta jak Wrocław – fontanna czy fantastyczna wystawa miniaturek? Na to pytanie już latem tego roku odpowiedzą tłumy w Hamburgu czy Berlinie, których na pewno nie będzie we Wrocławiu.

Rozumiem, że ambicje celebrytów są ogromnie i dlatego, nawet mimo braku umiejętności, pchają się na afisz. Ale miastami nie interesuje się show biznes i prasa kolorowa. Więc konkurowanie z Jolą Rutowicz na większą fontannę czy też palmę naprawdę nie ma sensu. Wygra Jola.

Mieszkańcy i turyści wolą parki miniatur, pingwinaria, wystawy Lego i tego typu przyziemne przyjemności. Ale do budowy takich rzeczy trzeba mieć mniejsze ego🙂