Stare powiedzenie: „Jak Cię widzą, tak Cię piszą” jest dziś aktualne bardziej niż kiedykolwiek. Tylko nazywa się inaczej: Personal Online Brand.

googlecard

Mała zabawa. Wpisz do Google: Ji Lee

Tom Peters lata temu, jeszcze gdy nie myślano o web 2.0,  pisał o tym, że każdy z nas, w gospodarce opartej o usługi, będzie budował swoją markę. A jej jakość będzie się przekładać na naszą „wartość rynkową”; czytaj – zarobki (choć warto też przeczytać, jak precyzuje to hasło dziś – w dobie social web).

Dziś, te słowa są bardziej aktualne, niż kiedykolwiek.

Gdy spotykam się z kimś biznesowo, to później wprowadzam sobie jego dane do LinkedIn. I zazwyczaj już go tam znajduję.

Widzę, gdzie pracował, co osiągnął, który z moich znajomych go zna. I to, pomaga mi wyrobić sobie wstępną, opinię na jego temat.

W filmie Wanted, główny bohater, próbuje znaleźć coś o sobie w Google. I nie znajduje, co pomaga mu w twórczym rozwijaniu swojej depresji. Oczywiście nie zdaje sobie sprawy, że to nie jest najgorsze co mogło go spotkać. Bo mógł np. przeczytać o sobie kilka niepochlebnych opinii, co tę depresję wystrzeliłoby mu pod niebo🙂

Ale podobnie wygląda dziś nasze życie codzienne. Gdy spotykamy kogoś w charakterze biznesowym, to zanim nawiążemy jakąś współpracę – staramy się o nim dowiedzieć jak najwięcej. Internet i znajomi są tu niezastąpieni. Google, LinkedIn, Goldenline, Plaxo – źródeł informacji jest mnóstwo.

I rzeczywisty problem pojawia się, gdy o kimś nie możemy dowiedzieć się ani słowa. Ba! Zaryzykuję stwierdzenie, że brak takich informacji lub ich niedostateczna ilość, może być potraktowana przez kogoś jako rodzaj afrontu. Sam się na tym złapałem, na co dzień prowadząc, pewną zamkniętą grupę dyskusyjną na LinkedIn. Co chwila trafia do mnie prośba o dostęp do grupy od osoby, która poza imieniem i nazwiskiem oraz firmą, w swoim opisie nie ma nic więcej. A grupa przeznaczona jest tylko dla osób zarządzających…

Ale co tam! Cały czas mówimy o tzw. pasywnym podejściu do wizerunku on-line. Tymczasem na świecie, coraz więcej osób – zarówno wśród celebrytów jak i biznesmenów, wynajmuje wyspecjalizowane firmy lub osoby zajmujące się rozwojem ich wizerunku on-line. Wariactwo?

Skądże! To aktywne podejście do wizerunku on-line.

Firmy wydają coraz więcej pieniędzy na monitorowanie tego co pisze się o nich w sieci. I same starają się aktywnie w tą rozmowę o nich samych włączyć. Przykład z ostatnich dni: CNN, który podczas wyścigu z Ashton-em Kutcher-em, za bliżej nie określoną kwotę, zatrudnił James-a Cox-a, prowadzącego na Twitterze popularny alias CNN. Dlaczego więc podobną drogą nie mają pójść zwykli zjadacze chleba?

Na Twitterze (a także na LinkedIn, YouTube, Facebook-u i innych) rozwojem Digital Brand Shaquille O’Neal-a zajmuje się firma Digital Royality prowadzona przez Amy Martin.

Oczywiście Shaq jest wielki🙂 i sam w sobie – zarówno pod względem obrotów jak i znajomości jego osoby – jest dużą korporacją. Nie zmienia to jednak faktu, że coraz więcej osób na świecie idzie tą samą drogą.

Wyobraźmy sobie, że na polskim podwórku na coś takiego zdecydowałby się Leszek Czarnecki. Prowadzi właśnie kampanię wizerunkową swojej osoby. Skoro Jack Welch może, to on chyba też? Założę się, że byłby zdziwiony długoterminową skutecznością takiego działania. O efektywności kosztowej już nie wspominam🙂

Faktem jest jednak, że Personal Online Branding-iem może dziś i musi – zajmować się każdy dla siebie samego. Zwłaszcza managerowie, którzy przecież wchodząc już, lata temu, do LinkedIn i podobnych serwisów, zrobili pierwszy krok w tym kierunku. Dziś muszą zrobić krok kolejny i stać się bardziej aktywni zarządzając swoim wizerunkiem w sieci.

Co stanie się bardziej niż konieczne, gdy za kilkanaście miesięcy, wszyscy już będziemy dysponować web ID (tożsamością internetową), pozwalającą na przebywanie na wszystkich serwisach pod własnym imieniem i nazwiskiem. I gdy nasze życie zawodowe, jeszcze bardziej przeniesie się do sieci.