Social web diabelnie wyraźnie pokazuje czy jesteśmy naprawdę zaangażowani. I nieważne o jakim rodzaju tego zaangażowania mówimy. Czy to swoje hobby. Czy to w swoją pracę.

tweetdeck

Wszystko co mówisz i robisz widać jak na dłoni. Witaj w social web...

Dobry szef poszukuje ludzi z ikrą. Ludzi, którzy chcą iść do przodu. Coś zmienić. Coś poprawić.

Po czym ich można poznać? Oczywiście po czynach.

Ale rozsądni ludzie zanim zaczną coś robić, to wcześniej o tym dyskutują. Dzielą się pomysłami. Poszukują rozwiązań.

W social web, Ci ludzie są widoczni jak na dłoni. Jeżeli firma ma Wiki – to oni najwięcej tam dodadzą od siebie. Oni będą najbardziej zaangażowani.

Tego się nie da udawać.

Nawet jeśli ktoś, kto naprawdę zaangażowany nie jest, zechce takiego udawać, to nie uda mu się to zbyt długo. W social web widać, kiedy ktoś coś robi na pół gwizdka. A jeśli tego nie będzie widać – to będzie oznaczało, że, po prostu, się zaangażował.

Na blogu Grzegorza Kiszluka, z okazji zbliżającego się seminarium Philipa Kotlera, Grzegorz rozpoczął dyskusję pod tytułem: „Gdzie jest marketing”. Punktem wyjścia do niego jest list jaki napisał do Kotlera i odpowiedź, jak dostał.

Rozpisałem się tam, pod tym tekstem, w komentarzu tak bardzo, że aż postanowiłem ten temat rozwinąć u siebie na blogu.

Wszyscy zachwycają się firmami, która na nie skąpią na obsługę klienta, a na zaspokajaniu jego potrzeb zarobiły fortunę.

Pozwolę sobie wrzucić cytat:

„Wyobraź sobie, że 92 proc. Twoich klientów ma produkt z kategorii, którą produkujesz. Z czego 82 proc. ma Twój produkt. A na pytanie jakiej marki produkt klienci chcą kupić w ciągu następnych 12 miesięcy – 100 proc. klientów odpowiada, że… Twojej.”

Wiecie już o kim mowa?

To Apple.

Dlaczego inne firmy nie idą tą drogą? Przecież pracujący w nich ludzie są: mądrzy, doświadczeni, błyskotliwi i zaangażowani.

No właśnie: zaangażowani.

W co? Zbyt często, po prostu, w utrzymanie stanowiska. I dlatego kalkulują ryzyko w podejmowanych decyzjach, tak, aby z jednej strony nie narazić swojej firmy a z drugiej – siebie. Mimo, że wiedzą iż większe ryzyko, daje szanse na większy zysk.

To normalne. I ludzkie. A rolę tego, kto popycha ich do przekraczania granic – powinien pełnić właściciel.

Każda ryba psuje się od głowy, więc jeśli któraś firma nie idzie drogą myślenia o kliencie, to winę ponosi właściciel. I tutaj kwestia konsekwencji, jakie za to ponosi, jest prosta – jego pieniądze, jego broszka.

Ale jeśli akcjonariat jest rozproszony – to zaczynają się schody. Członkowie rad nadzorczych, niekoniecznie czują się niczym „Pan na włościach”, i niekoniecznie, gospodarskim okiem, patrzą na wszystkie aspekty funkcjonowania firmy. A znaleźć i – przede wszystkim – utrzymać charyzmatycznego Prezesa na miarę Jacka Welcha – niewiele z tych rad nadzorczych potrafi.

A przecież większość dużych firm ma rozproszony akcjonariat.

I większość z nich nie ma charyzmatycznych Prezesów.

I dlatego większość z nich nie jest Applem.

To truizm, że zaangażowany szef, pociąga za sobą swoich pracowników. A przynajmniej tą część z nich, która chce się zaangażować.

W dużych firmach najtrudniej jest dotrzeć do takich właśnie osób. Skala działalności i hierarchia skutecznie to uniemożliwią. Jednak dzięki stronom typu Wiki, serwisom mikro-bloggingowym, blogom, staje się to o wiele łatwiejsze.

Łatwiej jest dostrzec zaangażowanie ludzi. I wykorzystać je dla obopólnych korzyści.

Może więc dzięki social web pojawi się więcej firm, którymi będziemy się wszyscy zachwycać?