Dlaczego wszystkie czołowe firmy zgadzają się na to, aby ich marki i produkty były reklamowane na polskich portalach koło chamskich wypowiedzi „anonimowych internautów”? To proste. Bo do tej pory nie zwracały na to uwagi. Ale zaczną.

demotywator

Ten obrazek jest świetnym przykładem, na to, że coś takiego jak anonimowość w sieci nie występuje. I że jeśli się chce, to naprawdę można łatwo dotrzeć do każdego autora wypowiedzi w necie.

Niedawny raport Polityki oraz dzisiejsza polemika Pawła Wujca i Michała Olszewskiego z Jackiem Żakowskim w Gazecie Wyborczej na temat poziomu kultury wypowiedzi na pewno nie spowoduje, że ten poziom się podniesie. Oj nie🙂

Ale, według mnie, będzie kolejną kroplą drążącą skałę w świadomości społeczeństwa oraz marketerów, że problem poziomu tych dyskusji jest w naszym kraju prawdziwym PROBLEMEM.

Nie mam tu na myśli faktu, że nasze społeczeństwo nie reprezentuje sobą zbyt wysokiego poziomu kultury dyskusji. To wiadomo i bez moich przemyśleń. Wystarczy przejechać się pociągiem (proponuję drugą klasę pośpiesznego), włączyć telewizor (niezastąpiony TVN24 w audycjach na żywo z politykami), poczytać komentarze na „czołowych” portalach, ale pójść i po prostu napić się złocistego trunku, pod budką z piwem.

Na rzeczywistość nie ma się co obrażać. Jak słusznie pisze Paweł Wujec: „Sieć jest taka jak ludzie, którzy z niej korzystają„. Jeśli Jacek Żakowski chce naprawdę zmienić sieć, to niestety nie zrobi tego zanim nie zmieni społeczeństwa. Więc: powodzenia!🙂

Ale Jacek Żakowski ma też rację pisząc, że: Takiego paskudztwa [takiego, jak to, które występuje często w komentarzach na forach portali – przypis mój] większość szanujących się mediów nie zamieściłaby w swoich macierzystych wydaniach nawet w formie płatnego ogłoszenia.„.

Więc wydawnictwa te zamieszczają je… za darmo pod swoimi tekstami🙂

I tutaj dochodzimy, według mnie, do clou PROBLEMU.

Na tych samych stronach mieszczą się reklamy klientów tych wydawnictw, którzy – jak do tej pory – zgadzają się na to, aby reklama ich samochodu, wycieczek czy też zupek, znajdowała się obok słów i w atmosferze wypowiedzi, z którą ŻADEN marketer przy zdrowych zmysłach, nie chciałby, aby jego marka lub produkt, gdziekolwiek sąsiadowały.

Jeżeli dodamy do tego fakt, że reklamy internetowe znajdują się pomiędzy/nad/pod – tekstem i komentarzami (mnogość odmian reklamy w internecie jest olbrzymia) a zazwyczaj jej funkcjonalność polega na podążaniu za uwagą czytelnika na danej stronie – to dochodzimy do sytuacji, w której reklamodawcy płacą gigantyczne pieniądze za deprecjonowanie swojej marki.

Tak, wiem, to uproszczenie. Ale czy na pewno? Dlaczego więc większość marek nie reklamuje się w NIE? Albo w Faktach i Mitach? Albo dlaczego firmy reklamy outdoorowej szybko zmieniają plakaty na których jakiś „dowcipniś” dopisał coś na „K” lub „Ch”?

Pójdźmy dalej. Gdyby Gazeta Wyborcza zdecydowała się na publikowanie tych spornych komentarzy koło swoich tekstów w wydaniu papierowym, to czy np. Toyota, Bayern, Microsoft, Knorr, BZ WBK czy też mBank byłyby zachwycone, tym, że ich reklamy występują koło wpisów tej treści? Oczywiście, że nie.

Dlaczego więc tą samą sytuację w internecie reklamodawcy uznają za normalną?

Bo do tej pory nie zwracały na to uwagi.

I dlatego, tylko kwestią czasu pozostaje, kiedy reklamodawcy zdecydują się nie tylko na określanie w jakim miejscu i w jakiej formie chcą zamieścić daną reklamę w jakimś miejscu w sieci, ale również na postawienie wymogu, że nie życzą sobie, aby obok niej występowały treści mogące negatywnie wpływać na odbiór tej reklamy.

Wszyscy marketerzy bowiem wiedzą, że nie liczy się tylko zasięg reklamy ale również jakość grupy docelowej oraz kontekst miejsca lub sytuacji gdzie się ją umieszcza.

Podejrzewam, że gdyby któryś dom mediowy zechciał wykazać się innowacyjnością i zbadał korelację pomiędzy efektywnością przekazu reklamowego na stronie z „typowymi” komentarzami, ze stroną o komentarzach o wyższym (tym upragnionym przez nas wszystkich) poziomie, to wyniki takiego badania byłyby bardzo interesujące.

I szczerze mówiąc, każdy szef marketingu dbający o swoją posadę (która zależy przecież od efektywności inwestowanych przez niego w wizerunek pieniędzy), powinien od dzisiaj zwracać na to uwagę.

I wymagać od dostawców miejsca reklamowego i kontaktu z interesującą go grupą docelową WIĘCEJ! A nie bajdurzenia, że się nie da, lub, że wypowiedzi na forach internetowych są emanacją społeczeństwa obywatelskiego i formą budowania przez te portale wiernej grupy klientów. Niech sobie portale budują te swoje społeczności gdzie indziej, a nie przy zlecanych przez nas reklamach produktów🙂

Portale będą się przed tym opierały (zasięgi, zasięgi!). Ale na szczęście jest mnóstwo miejsc w sieci, gdzie łatwiej jest wymagać, aby nasze produkty i marki były przedstawione we właściwym kontekście. Każdemu marketerowi polecałbym zastanowienie się nad zwiększeniem zaangażowania w social media, jako tą częścią internetu, gdzie ma się do czynienia z osobami rezygnującymi z części własnej prywatności na rzecz wyższej jakości świadczonych im usług.

Bo to jest właśnie przyszłość internetu.