Archives for posts with tag: Google

Szacowny Bloomberg Businessweek informuje: coraz częściej potencjalni pracodawcy żądają dostępu do grona naszych znajomych na Facebooku, aby poznać nas lepiej. Oczywiście! Tak będzie się działo coraz częściej.

Ta historia zatacza coraz szersze kręgi. Zaczęło się od jakieś krótkiej informacji na blogu, że jakaś firma zażądała od potencjalnego pracownika hasła do jego konta na Facebooku.

Nie. Nie był kandydatem do pracy w CIA. To była jakaś firma informatyczna. Podziękował jej i historię wyśmiał gdzieś w sieci.

Okazuje się jednak, że to nie był odosobniony przypadek. To szersze zjawisko, z którym należy nauczyć się żyć.

Plączą się w niej jednak dwie rzeczy: żądanie dostępu do osobistego konta użytkownika na Facebooku i dostęp do publikowanych przez niego wpisów jako jego „znajomy”.

O ile to pierwsze jest chore, to o drugim już można dyskutować. Oczywiście – w naszej firmie wszyscy mamy się wśród znajomych. Ale to też taka specyfika branży. I firma nie jest duża.

Czy jednak jest to konieczne w sali operacyjnej w banku? Albo w Biedronce? Nie!

Czy możemy tego uniknąć? Też nie!

Samo sprawdzanie potencjalnych pracowników nie jest jednak niczym nowym. Nawet „w czasach analogowych” na wyższych stanowiskach dokładne sprawdzenie kandydata – łącznie z wizytami w poprzednich miejscach pracy czy na uczelniach, a nawet w miejscu zamieszkania – nie było niczym wyjątkowym. To była, tak naprawdę, kwestia budżetu na pracę head hunterów lub ważności stanowiska, które kandydat miał objąć.

Czy można się dziwić, że dziś, w dobie sieci społecznościowych, potencjalni pracodawcy – szukając kandydatów nawet na mało ważne stanowiska – chcą mieć dostęp do danych, które pozwolą im zweryfikować wspaniałe opowieści, które słyszeli podczas rozmów kwalifikacyjnych?

Nie! Tak właśnie będzie wyglądać „jutro”.

Bo to praktyczne. I skuteczne.

Dlatego warto przyłożyć się do tematyki personal brandingu. Podzielić swoje wpisy na różne poziomy dostępności. Czas nauczyć się do czego służą te dziwne punkty w zakładce prywatność i funkcja „Listy” na Facebooku.

I zapamiętać, że w sieci jest jak w życiu. O rzeczach stricte rodzinnych rozmawiać tylko z rodziną i najbliższymi przyjaciółmi. Pieprznie żartować tylko z najlepszymi znajomymi. Mówić i komentować rzeczy poważne z głową – udostępniając je publicznie, gdy będzie to dobrze o nas świadczyło.

A czasami, po prostu, milczeć i nie zabierać głosu, gdy się nie ma nic ważnego do powiedzenia.

To ostatnie może być najtrudniejsze 🙂

Reklamy

W tej chwili ten serwis ma jakieś 31 mln użytkowników – większość to panowie z USA, Indii i Wielkiej Brytanii, Kanady i Niemiec w wieku 25-34 lata.

Podobno na Google+ siedzą geeki, więc można założyć, że są to jednostki bardzo produktywne – dobrze przystosowane do cyfrowej rzeczywistości 🙂 Wymarzeni partnerzy na długie i dostanie życie 😛 Świadczą o tym ich średnie przychody wahające się między 30 tys. a 149 tys. dolarów.

Inna sprawa, że patrząc na zdjęcia niektórych „użytkowniczek” Google+ nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż temu serwisowi przydałby się szybki i intensywny proces weryfikowania ich tożsamości. Obecne metody nie mają w sobie nic wspólnego z surowością i bezwzględnością metod Facebooka a Kręgi dodają do tego element chaosu, w którym nie ma się pojęcia kim jest naprawdę, znajdujące się w nich, jakieś 70 proc. osób.

A w świecie gdzie nasza prywatność liczy się coraz bardziej – przebywanie w serwisie, w którym trzeba sporo uwagi poświęcać temu z kim się tam zadaje – może się w końcu znudzić.

Czas się przyzwyczaić, że żyjemy w czasach, gdy wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. A jeśli nie wiedzą, to łatwo się dowiedzą.

Dla wielu użytkowników sieci omijających szerokim łukiem zakładki ustawień prywatności w serwisach społecznościowych, zabawianie się w niewinną kiedyś zabawę „Google me” może zakończyć się ogromnym szokiem.

Kolejnym dowodem na to jest załączona grafika. Syntetycznie pokazuje miejsca, w których wiedza o nas jest gromadzona.

Czy to źle? Jak zawsze – wszystko zależy od tego, jaki i kto zrobi z tej wiedzy użytek.

Miłośnikom prozy Tolkiena Googlowskie urządzenie w rodzaju "Wszystkowidzącego oka" kojarzy się jednoznacznie 🙂

Informacja via Word Stream

Tego faceta wszyscy znają. To jeden z najlepiej opłacanych amerykańskich kominków przez lata prowadzący swój własny show w TV. Obecnie – bezrobotny.

Spokojnie – jego bezrobocie przypomina bardziej emeryturę rentiera, ale nie zmienia to faktu, że Conanowi brakuje jego pracy.

A jak sam mówi – z powodów zapisów o zakazie konkurencji w jego umowie z poprzednim pracodawcą, nie może występować w TV, radiu, prasie.

Nigdzie.

Dlatego zaczął korzystać z Twittera 🙂

Googlersi czy też – jak by chciał Conan – G-Mani i G-Ladies zaprosili go do siebie chcąc zdrowo się pośmiać. Co się oczywiście udało.

Jednak najciekawsze było to, co Conan – facet od stóp do głów zanurzony w tradycyjnych mediach – do niedawna będący jednym z ich dinozaurów – mówi o social mediach. Wskazuje na ich niesamowity potencjał oraz zmianę ról jakie niosą ze sobą w dzisiejszym biznesie.

Jak sam mówi – uczy się ich dopiero od kilku miesięcy, ale ten czas był jednym z najciekawszym w jego życiu i karierze.

Zresztą sami zobaczcie i posłuchajcie:

To już całkiem normalne, że szukając w Google informacji, filtrujemy sobie sami w głowie, uzyskane wyniki w zależności od tego, jakie jest ich źródło. I jednym z nich wierzymy bardziej, a innym mniej.

Nasze osobiste doświadczenia „z siecią”, warunkują, którym z tych źródeł bardziej ufamy. To zależy od tego, czy pochodzą ze strony producenta, specjalistycznego portalu, blogu czy też może listy dyskusyjnej lub serwisu społecznościowego.

Jakiś czas temu pisałem o raporcie Razorfish (próba 1000 osób), z którego wynikało, że aż 71 proc. konsumentów dzieli się rekomendacjami ze swoimi znajomymi on-line, ale tylko 33 proc. konsumentów ufa takowym. Wprawdzie, jeszcze mniej ufają oni reklamom internetowym (31 proc.), ale już 47 proc. z nich bardziej ufa recenzjom anonimowych ekspertów (47 proc.) i reklamom telewizyjnym (52 proc.). A na końcu, autorzy raportu, porównali to z 73 proc. zaufaniem jakim obdarzamy opinie naszych „realnych” offline-owych przyjaciół.

Na tym tle ciekawie rysują się wyniki badania firmy Nielsen, która w sierpniu tego roku przebadała grupę 1800 osób, sprawdzając jak media społecznościowe zmieniły nastawienie konsumentów do poszukiwania informacji w internecie.

Czytaj resztę wpisu »

Firma Infegy opublikowała majowe wydanie rankingu najpopularniejszych marek w social web, pod nazwą Social Radar. Na pierwszym miejscu Twitter, na drugim Google a na trzecim Obama.

social radar cz 1

Twórcy Social Radar, swój ranking budują w oparciu o analizy milionów wpisów na blogach, forach internetowych, w serwisach społecznościowych, na Twiterze. itp., w których padła nazwa danej firmy.

Tym co zwraca moją uwagę jest fakt, że w pierwszej dwunastce najbardziej popularnych brandów w sieci, znajduje się aż cztery razy, firma z nadgryzionym jabłkiem w logu: iPhone – na czwartej pozycji, Mac – na ośmej, Apple na dziewiątej i iPod na dwunastej. To się nazywa genialnie zarządzać markami! Czytaj resztę wpisu »

No pewnie, że się da. I na dodatek w sposób niewzbudzający kontrowersji.

flue_tracker2

Jakiś czas temu pisałem o świńskiej grypie i o mapie na Google Maps pokazującej jej występowanie. Dzisiaj zaszedłem na tą stronkę ponownie i zauważyłem, że jej zawartość została przeniesiona na domenę flutracker.rhizalabs.com.

Pod tą domeną można znaleźć informację, że mapa tam przedstawiona, jest autorstwa Dr. Henry L. Niman, który stworzył ją używając technologii firmy Rhiza Labs i Google oraz wykorzystując do jej zasilenia w dane: źródła oficjalne, medialne oraz użytkowników internetu.

Następnie można przeczytać, że wszyscy zainteresowani tą technologią dynamicznej wizualizacji danych mogą się skontaktować z Josh Kanuer, tel…:)

W skrócie: ktoś bystry w Rhiza Labs wykorzystał aktualny temat, nawiązał współpracę z wiarygodnym naukowcem, wzbogacił go o swoją technologię, wykorzystał dane z sieci i zaproponował internautom lepsze rozwiązanie ich problemu – czyli znajdowania wiarygodnych informacji na temat świnskiej grypy.

Przy okazji reklamując się i pokazując „na żywo” możliwości swojego produktu.

Świetny pomysł! Prosty i błyskotliwy. Wymagający tylko dwóch rzeczy: otwartości na nowe trendy i szybkiego podejmowania decyzji.

Choć jeśli nie zwiększą wydajności swoich serwerów, to mogą go pożałować 🙂

Twitter stał się bardzo modny. Dlatego – Szefie – gdy przyjdzie do Ciebie spec od social marketingu i zacznie mówić o Twitterze – zapytaj go po prostu: „A ile mogę stracić?” 🙂

Obstawiam, że ten marketingowiec nie załapie, że to ze skeczu „Kabaretu Dudek”, ale zbijesz go z pantałyku i zyskasz możliwość wytłumaczenia mu, co następuje:

Twitteromania i procentowa skala przyrostów jego użytkowników rzeczywiście robi wrażenie. Tutaj Ashton, tam Ophra, możliwość reklamowania się, przelewania pieniędzy, itp., itd.

Zawsze trzeba jednak stać mocno na nogach i nie zachłystywać się bezmyślnie nowościami – bo w przypadku ugruntowanych biznesów – może być to ryzykowne. Tak, tak – wiem! Kto nie ryzykuje – ten nie wygrywa – ale powiedzcie to tym geniuszom co wymyślili kredyty subprime. A jeszcze lepiej – tym mądrym finansistom, co je kupowali w „paczkach” na całym świecie 🙂

Dlatego warto spojrzeć na wykres pokazujący 10 największych serwisów społecznościowych w USA w marcu br. przygotowany przez Marketingcharts. Pokazuje on procentowy udział rynkowy poszczególnych serwisów wśród korzystających z nich internautów.

hitwise-top-10-socnet-and-forum-sites-march-2009Jak widać – króluje MySpace z goniącym go w olimpijskim tempie Facebookiem. Twitter jest w porównaniu z nimi daleko, daleko z tyłu – choć należy pamiętać, że już wyprzedza serwis Windows Live Home i Yahoo! Profiles.

Teraz słowo o modzie. Dlaczego Twitter jest ostatnio tak „popularny” – albo inaczej – dlaczego tak dużo się o nim mówi?

A dlaczego miłośnicy samochodów sportowych są w stanie godzinami rozprawiać o ich tuningu? 🙂

Czytaj resztę wpisu »

I zrobił to swoim stylu. Prosty i piękny pomysł.

gtwitter-600x355

A dla wszystkich zainteresowanych tym co powiedział powyżej Google w systemie binarnym: „I’m feeling lucky” 🙂

Firma Google jest jednym z najlepszych pracodawców w USA. Jej kultura korporacyjna jest uważana za jedną z najlepszych na świecie. Jak ona to robi?

chef

Magicznym miejscem w centrali Google w Kaliforni, w Googleplex, jest Charlie Place – czyli po prostu stołówka zakładowa. Ale nie taka zwykła. Nie dość, że jedzenie jest tam za darmo, to na dodatek, jak podaje serwis Neatorama.com,  co jakiś czas zapraszają tam gościnnie znanych kucharzy na całodzienne występy.

Ponadto  jest tam jedenaście restauracji i barów, również ze zdrową żywnością a wszędzie na terenie firmy są przekąski i napoje. Dodajmy do tego centra fitness, baseny treningowe, itp., itd. Wszystko na koszt pracodawcy.

Nic tylko nie wychodzić i pracować! I przecież o to właśnie Google chodzi 🙂

Nie zmienia to jednak faktu, że w dzisiejszych czasach nikt, nikogo do pracy nigdzie nie zmusza, więc według mnie – jeżeli komuś to odpowiada – to może tam pracować nawet 48 godzin na dobę 🙂

Poniżej jeszcze przesympatyczny fragment ze strony Google opowiadający o kulturze organizacyjnej firmy:

Budynek światowej centrali Google znajduje się w Mountain View (Kalifornia) — o rzut kamieniem od zachodniej części parku Shoreline Regional Park. Chociaż nie wszystkie biura Google na świecie są tak doskonale wyposażone, jest kilka podstawowych elementów, które definiują miejsce pracy w Google:

  • Wystrój holu — Fortepian, lampy lawowe i projekcje na żywo bieżących zapytań wyszukiwania z całego świata.
  • Wystrój korytarzy — Rowery i wielkie gumowe piłki do ćwiczeń na podłogach, wycinki prasowe z całego świata rozwieszone na tablicach ogłoszeń w każdym miejscu. Googlersi omawiający tajemne zagadnienia adresowania IP i sposoby tworzenia lepszych filtrów antyspamowych.
  • Biura Googlersów — Googlersi pracują w wysoce upakowanych gromadach (całkiem przypominających naszą organizację serwerów), gdzie trzy lub cztery osoby dzielą przestrzeń z kanapami i psami. To zwiększa przepływ informacji i pozwala zaoszczędzić na ogrzewaniu.
  • Sprzęt — Większość Googlersów ma na swoich biurkach wysokiej klasy stacje robocze z systemem Linux. U zarania działalności Google rolę biurek pełniły drewniane drzwi na drewnianych podstawach. Niektóre z nich są nadal używane w grupie inżynierskiej.
  • Zaplecze rekreacyjne — Siłownia z ciężarkami i maszyną do wiosłowania, szatnie z szafkami, pralki i suszarki, pokój masażu, różnorodne gry wideo, piłkarzyki, pianino, bilard, ping-pong, hokej na wrotkach dwa razy w tygodniu (na parkingu).
  • Kantyna Google — Zdrowe obiady i kolacje dla wszystkich pracowników. Serwowane są między innymi dania typu „Grill Charliego”, „Powrót do Albuquerque”, „Zachód spotyka wschód” i „Jarosze” („Charlie’s Grill”, „Back to Albuquerque”, „East Meets West” i „Vegheads”). Można usiąść na świeżym powietrzu i rozmyślać, ciesząc się słonecznym dniem.
  • Pokoje z przekąskami — Pojemniki z różnymi rodzajami płatków zbożowych, gumisiami, , krówkami, miętówkamiorzechami, jogurtami, marchewkami, świeżymi owocami i nie tylko. Tuziny różnych napojów, w tym świeże soki, cola i cappuccino w proszku.
  • Najfajniejszy przystanek podczas zwiedzania — Trójwymiarowy obracający się obraz świata wyświetlany stale na dużym płaskim monitorze w biurze inżyniera, który go stworzył. Szczególnie interesujący jest przełącznik, który pozwala wyświetlać punkty światła unoszące się od powierzchni globu w górę — reprezentujące wyszukiwania w czasie rzeczywistym kodowane kolorami według języka. Przełącz, a zobaczysz, jak wygląda ruch w całym internecie. Warto przejść się na drugie piętro.
  • Najbliższy całodobowy sklep z pączkami — Sklep „Krispy Kreme” w Mountain View (Kalifornia).

I jak tu nie chcieć pracować w takiej firmie? A na dodatek obejrzyjcie jeszcze filmik pokazujący Googleplex od środka:

Wiele poważnych i sztywnych polskich firm, o znacznie mniejszej niż Google przychodach, mogłoby się od niego trochę nauczyć jak budować swoją kulturę korporacyjną i markę 🙂

%d blogerów lubi to: