Archives for posts with tag: Microsoft

Ktoś się odważył i stworzył infografikę „Historia social mediów”. Zaszalał i sięgnął do 550 roku PNE. Ale… czemu nie? W końcu rozmowy są stare jak świat 🙂

Amazon, Google, Microsoft, Apple poszli na zakupy i inwestują coraz większe kwoty w firmy specjalizujące się w różnych aspektach social media.

Marne, oczywiście, są szanse, że którakolwiek z nich powtórzy sukces Facebooka ale taki już jest los gigantów na każdym rynku. Ich podstawowym zadaniem jest dbałość o core business.

Wielkie sukcesy i spektakularne przełomy w tej branży należą do „garażowców”, którymi większość z obecnych gigantów była niegdyś oraz do start-upów, które dzisiaj Ci giganci mogą kupować na pęczki licząc po cichu, że znowu im się uda 🙂

Social media na stałe już weszły do palety marketing-mix. Są firmy, którym przydają się one bardziej i są takie, które lepiej aby o nich nawet nie myślały.

Rzeczywista rewolucja social mediów polega jednak na zmianach jakie uczyniły w umysłach konsumentów, którzy poczuli, że znowu mają głos. A wygrywają na tym tylko te firmy, które swoje deklaracje o wsłuchiwaniu się w niego od zawsze traktowały poważnie.

Historia social mediów

Infografika via Skloog
Reklamy

Microsoft ma problemy z wizerunkiem. Przynajmniej w moich oczach. Ale przy okazji nowego pakietu Office, popełnił bardzo fajny film reklamowy, który – chciałbym –  aby stał się jego nowym standardem mówienia o sobie –  z rozmachem ale też z przymrużeniem oka.

Po poprzednich mało śmiesznych filmach z Billem Gates-em i Jerrym Seinfeld-em oraz ciągłych wyskokach Steve-a Ballmera, MS przestał chyba wierzyć w to, że da radę budować swój wizerunek w XXI wieku na postaci charyzmatycznego przywódcy.

Poszedł w innym, od Apple-owskiego minimalizmu kierunku. O 180 proc. innym 🙂 I zrobił to sympatycznie. Zresztą sami zobaczcie 🙂

Niezbadane są nasze gusta, można powiedzieć, po zapoznaniu się z najnowszymi wynikami badania tego, o czym mówimy w social web. Social Radar pokazuje, że Microsoft, mimo tego, że wprowadził w czerwcu nową wyszukiwarkę oraz pokazał świetny system obsługi gier Natal – wypadł w nim daleko z tyłu za „odgrzewanym kotletem” – czyli iPhonem GS.

social radar

Działka szefa marketingu w Microsoft musi być dla ludzi o stalowych nerwach. Cokolwiek zrobią, to tak i tak Apple będzie z przodu 🙂

Ta sytuacja przypomina mi tą anegdotę o tym, że spotyka się szczur z chomikiem. Szczur mówi: – Słuchaj stary, jak to jest? Ja mam cztery łapki, i Ty masz. Ja mam nosek. I Ty masz. Ja mam sierść. I Ty masz. Ja mam łysy ogon. I ty też masz… A jednak to Ciebie ludzie kupują jako zabawkę dzieciom. Ciebie karmią i przytulają. Dlaczego???!!! A Chomik tak patrzy na szczura z politowaniem i mówi: „Wiesz, stary… Bo Ty masz chu… PR” 🙂

No i tak to już jest w życiu. Że jeśli ktoś konsekwentnie i bez większych wpadek, buduje swoją markę jako wartościowego (dla określonej, szerokiej grupy docelowej) produktu, to w efekcie uzyskuje grupę wiernych wyznawców gotowych pójść za nią w ogień. Wystarczy spojrzeć na pozycję iPhona oraz Obamy w tym badaniu.

Choć jeśli chodzi o tego drugiego to poczekajmy 2 lata. Mogę się założyć, że wtedy nadal będzie wysoko, w podobnych badaniach, występować marka Apple, ale co do Obamy – to raczej on nie ma na to szans.

Informacja pochodzi ze strony Infegy.com

Firma Infegy opublikowała majowe wydanie rankingu najpopularniejszych marek w social web, pod nazwą Social Radar. Na pierwszym miejscu Twitter, na drugim Google a na trzecim Obama.

social radar cz 1

Twórcy Social Radar, swój ranking budują w oparciu o analizy milionów wpisów na blogach, forach internetowych, w serwisach społecznościowych, na Twiterze. itp., w których padła nazwa danej firmy.

Tym co zwraca moją uwagę jest fakt, że w pierwszej dwunastce najbardziej popularnych brandów w sieci, znajduje się aż cztery razy, firma z nadgryzionym jabłkiem w logu: iPhone – na czwartej pozycji, Mac – na ośmej, Apple na dziewiątej i iPod na dwunastej. To się nazywa genialnie zarządzać markami! Czytaj resztę wpisu »

Portugalski artysta, Jorge Colombo, korzystając ze swojego iPhona i aplikacji Brushes wykonał ostatnią okładkę nobliwego New Yorkera.

newyorker

Prawda, że iPhone brzmi w tym wypadku naturalnie, bo przy nazwie Nokia lub HTC powstawałby jakiś dysonans?

Coś mi mówi, że to element kampanii marketingowej Apple i jego AppStore – ale nawet jeśli – to jakiej!

Jeden z najbardziej nobliwych tytułów na świecie, światowej klasy artysta, mały iPhone, wielka sztuka i… setki tysięcy cytowań na całym świecie!

To się nazywa marketing i PR ery social web!

Filmik pokazujący jak powstawała ta okładka:

nY filmik

I jeszcze kilka obrazków, palcem po ekranie malowanych, tego samego autora:

Nie mogę się ostatnio od tego Microsoft-u opędzić na swoim blogu. Ale to zdjęcie jest tak smaczne…

imapccar

Serwis Gizmodo opublikował zdjęcie samochodu marki Hyundai z rejestracją, na której jest napisane: „I’m a PC”.

Czytaj resztę wpisu »

Microsoft popełnij reklamę, w której podśpiewuje się z Apple. Na rynek amerykański. A w Polsce zawrzało 🙂

Gdy pierwszy raz zobaczyłem tą reklamę, to tylko pomyślałem, że Microsoft co chwila sięga po inną stylistykę w swoich reklamach. Potem na Antyweb.pl wziąłem udział w ciekawie zapowiadającej się dyskusji na jej temat. A teraz jestem lekko oszołomiony i na pewno rozbawiony dyskusją jaka tam trwa. Zresztą nie tylko tam. Na całym świecie trwają dyskusje appple-manniaków z peceteo-maniakami. Chyba, trochę nieoczekiwanie dla samego Microsoftu, udało mu się wsadzić kij w mrowisko. Prawdziwy viral się z tego zrobił.

Więc grzecznie się do niego dołączam ze swoimi przemyśleniami 🙂

microsoft-ad Czytaj resztę wpisu »

Film reklamujący Bydgoszcz i produkty Microsoftu staje się powodem „malutkiego” kryzysu public relations tych dwóch podmiotów. Uważam, że niepotrzebnie – trzeba było tylko pomyśleć o konsekwencjach nieco wcześniej.

Jacek Zawadzki z bydgoskiej Gazety Wyborczej informuje, że władze Bydgoszczy grają w filmie reklamowym Microsoftu, gdzie na zasadzie case-u opowiadają o wprowadzeniu w swoim urzędzie oprogramowania tej firmy. Piotr Waglowski na swoim vortalu Vagla opisuje to wydarzenie pod tytułem „Ekipa z Bydgoszczy strzela sobie w stopę”. Ja uważam, że akurat taki film to „samo dobro”, a jeśli pies jest gdzieś pogrzebany – to całkiem gdzie indziej.

Nie będę tutaj polemizował z autorem tego newsu – Jackiem Zawadzkim, ponieważ w swoim tekście poza opisem wydarzenia – jak domyślam się  – negatywnie przez niego odbieranym, nie zdobywa się na żadną opinię. Na szczęście robi to nieoceniony Piotr Waglowski, więc do jego tekstu się odniosę.

W skrócie, według Piotra, Microsoft bezwzględnie wykorzystał powagę i wizerunek urzędu publicznego do promocji swoich wyrobów, a występujący w filmiku urzędnicy nie wzięli tego pod uwagę. I z tym zdaniem warto polemizować.

W marketingu tego typu zabiegi nazywa się transferem wiarygodności – co jest pojęciem z zakresu psychologii opisanym w 1974 roku M.E. Heilman, ale wykorzystywanym od dawien dawna przez każdego sprzedawcę czy polityka czy osobę szukającą pracy. Listy polecające, namaszczenie polityka przez władze kościelne, rekomendacje – to wszystko i jeszcze wiele zjawisk z którymi mamy na co dzień, zahacza o to szerokie pojęcie.

Nie jest więc dziwne, że uwielbiają je wykorzystywać firmy chcące uwiarygodnić swoją ofertę.

Mistrzem podobnych filmików jest Apple, który na swojej stronie od wielu lat publikuje story i wideo opisujące i pokazujące setki osób i instytucji. W dziale „Macintoshe w akcji” można znaleźć naukowców, artystów, biznesmenów, architektów. lekarzy – generalnie całą rzeszę zadowolonych klientów korzystających z produktów tej firmy. Takie filmy kręcą setki innych firm, które wiedzą, że nic ich oferty bardziej nie uwiarygodni niż przykłady z życia wzięte.

Nie widzę, więc żadnego problemu w tym, że podobny film nakręcił Microsoft i Urząd Miasta Bydgoszczy. Zwłaszcza, że ten film da się oglądać. Nie ma może tej lekkości, co filmy Apple, ale nie wymagajmy już za dużo 🙂

Mnie raczej cieszy to, że samorządowcy doceniają wagę takich rozwiązań technologicznych i liczę na to, że dzięki nim, będą lepiej robili to, za co im płacę. I fajnie, że próbują się komunikować ze swoimi mieszkańcami oraz szerszym otoczeniem przez profesjonalny film opowiadający o mieście i działającym w nim nowoczesnych rozwiązaniach. W sytuacji gdzie większość urzędników w Polsce po wybraniu na swoje stanowisko zamyka się w szklanej wieży – każda próba dobrej jakościwowo komunikacji władzy z otoczeniem – zasługuje na pochwałę

Jednak każda taka akcja marketingowa wymaga rozważenia wszelkich za i przeciw. I przygotowania – zarówno przez Urząd Miasta w Bydgoszczy i firmę Microsoft – właściwej kampanii public relations tłumaczącej naszemu otoczeniu – co chcemy przez to osiągnąć.

Na gorąco widzę następujące problemy, które należało wcześniej zidentyfikować i przygotować właściwe reakcje na nie:

1. Jeżeli Urząd Miasta Bydgoszczy zapłacił firmie Microsoft za oprogramowanie pełną cenę i niejako w wianie dał jeszcze swój wizerunek do filmu, to co za to innego zyskał?

  • Kasia Cichopek albo Doda zanim weźmie udział w jakiejś reklamie – negocjuje warunki finansowe. Nie spodziewałbym się, że te osoby kupią sobie biżuterię a następnie będą występować w reklamach producenta tejże za darmo. Prawda?
  • Ile mniej zapłacił Urząd Miasta za oprogramowanie Microsoftu, że zgodził się na taką transakcję wiązaną? Lub co innego zyskał w ramach tego kontraktu?

2. Czy Urząd Miasta Bydgoszczy wyróżnia się pozytywnie na tle innych miast pod kątem obsługi petentów?

  • Tylko w takiej sytuacji przeciętny mieszkaniec Bydgoszczy przełknie świecące komputerki, internety w komórce i synchronizację kalendarzy on-line. Bo jeśli nie – to urzędnicy na własne życzenie stawiają się w sytuacji szefa fabryki, który w ramach kryzysu zamraża pensje a sobie kupuje nowe Porsche. Taki człowiek nie ma co liczyć na zrozumienie.
  • Jakieś twarde dane?

3. Czy Microsoft wybrał sobie na partnera do tej reklamy miasto o realnej przewadze nad innymi, pod kątem obsługi petentów?

  • Bo jeśli nie jest to oczywiste, to równie dobrze można było kasę za tą reklamówkę wysłać do mnie. Obiecuję, że kupię sobie za to wycieczkę. Środowisko samorządowców jest małe i zamknięte. Wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, więc jeśli Bydgoszcz rzeczywiście nie zyskała dzięki temu wyraźnej przewagi – to pozostali klienci z tej grupy docelowej – „nie kupią tego”.

4. Czy Microsoft przemyślał zanim rozpoczął tą akcję ewentualne problemy w opisanych powyżej punktach 1 i 2?

Każda akcja wywołuje reakcję. Dlatego mamy nas uczyły, że zanim coś się zrobi, to trzeba pomyśleć.

Bo inaczej można sobie zrobić kuku. Wizerunkowe.

A tak w ogóle to warto sobie obejrzeć film jak to samo się robi w Apple 🙂

Ile razy szlag Cię trafiał przy próbie założenia nowego konta lub uruchomienia nowego odkurzacza? Tak to jest gdy projektanci zapominają o kimś najważniejszym – użytkowniku.

imagessimply-20remoteZdjęcie pochodzi z Bitsandpieces.us

Powyższy „Pilot dla babci” to przykład totalnej porażki większości firm produkujących urządzenia elektroniczne. Halo! Czy tam pracują w ogóle jacyś ludzie?

Problemy z funkcjonalnością pojawiają się w każdej dziedziny życia. Spróbuj wypełnić PITa, założyć lokatę lub – nie daj boże – załatw coś w jakimś urzędzie.

Ponieważ ludzie mają tendencję do bezmyślnego projektowania od początków swojego istnienia, pojawiła się cała dziedzina nauki zajmująca się tą tematyką – ergonomia. Dziś prawie każdy absolwent wyższej uczelni może znaleźć w swoich starych zeszytach notatki z zajęć o tej tematyce, co nie zmienia faktu, że ilość głupoty zalewająca nas na z każdym urządzeniem, usługą czy też stroną z prasy lub internetu – jest porażająca.

Przypominam sobie, gdy w latach 90-tych w banku, w którym pracowałem zabraliśmy się za upraszczanie odziedziczonych mentalnie jeszcze po poprzednim systemie, procedur koniecznych do założenia konta osobistego. Zeszliśmy z 30 minut do 5. Łatwo można było policzyć finansowe korzyści wynikające z tak przyspieszonej obsługi klienta. Czysty pieniądz! Co z tego – po 2 latach znowu było 15 minut. I zabawę trzeba było zacząć od początku. To było jak rak – nie zlikwidowane na samym początku – odradzało się wciąż i wciąż.

Każda organizacja musi, już na samym początku, skupić się na najważniejszej osobie dla której istnieje – czyli na kliencie (petencie, pacjencie, czytelniku – niepotrzebne skreślić). Myślenie o ergonomii lub nazwijmy to – przyjazności dla użytkownika – musi być wpisane, niczym  DNA,  w podstawy funkcjonowania każdej firmy i urzędu!

Wystarczy popatrzeć na Apple i Microsoft – gdzie pierwsza z tych firm jest stawiana za wzór funkcjonalności, a druga – napewno nim jest. Kto ma procentowo wyższą liczbę wiernych, ponawiających zakupy i godzących się na płacenie wyższych marż a przy tym bardziej zadowolonych klientów? Oczywiście Apple.

Każdy z nas już widział swój dom z kosmosu. A jeśli nie – to może to zrobić w ciągu sekund korzystając z programu Google Earth lub Maps. Dzięki temu programowi łatwo też można zobaczyć jak zacofanym krajem jest Polska – pod względem wykorzystania możliwości sieci.

google-europa

Prawie 40 mln kraj w środku Europy z kosmosu wygląda podobnie jak środkowa Afryka. Sami sprawdźcie. Włączcie program Google Earth. W lewym bocznym pasku jest okno Warstwy. Rozwińcie je. Ok. Teraz znajdźcie tam katalog Galeria i zaznaczcie w nim kwadracik Podróże i Turystyka. Na mapie pojawią się małe różowe aparciki fotograficzne. To obiekty warte obejrzenia. Teraz znajdźcie katalog Użyteczne miejsca i zaznaczcie w nim katalog Miejsca turystyczne. Ok? No to teraz polatajcie trochę nad ziemią i obejrzyjcie różne kontynenty.

Polska? Pod tym względem bieda z nędzą. Wrocław, Gdańsk, Warszawa, Poznań, no i szeroko reklamowany Kraków. Jako turysta nie dowiecie się gdzie jest tam informacja turystyczna, co tam jest ciekawego do obejrzenia i gdzie to miasto chce Was ściągnąć, abyście wydali tam swoje pieniądze.

Całe szczęście, że programy Google opierają się w dużej mierze na pracy społeczności internetowych, więc np. w Gdańsku znalazł się jakiś fanatyk, który wykonał kilka trójwymiarowych modeli gdańskich zabytków. Niestety, sławny Kraków już takiego hobbysty nie miał. Ale może to i lepiej, bo we Wrocławiu się taki znalazł i teraz internauci z całego świata mogą oglądać jeden (!) trójwymiarowy model jakiejś galerii handlowej.

Jak z tego wniosek? Gołym okiem widać, że w sieci promocja turystyczna miast i kraju leży. 

Świat się zmienia a my stoimy w miejscu. Co w dzisiejszych czasach oznacza, że cofamy się. 

Rząd i samorządy wydają grube miliony na swoją promocję. I przypominają w tym dżentelmena, który przychodzi do dobrej restauracji w eleganckim garniturze i starych, rozczłapanych i na dodatek brudnych butach. Od razu widać, że ten Pan nieudolnie aspiruje. A takich wszyscy kasują podwójnie na dodatek śmiejąc się z nich za plecami.

Najpierw trzeba zacząć od podstaw. Mamy zabytki? Ciekawe miejsca? Parki narodowe? Szlaki turystyczne? Atrakcyjne miejsca na inwestycje? Super. Ale najpierw je wyczyśćmy. Wykarczujmy trawę. Doprowadźmy drogę. I na litość boską! Opiszmy je i pokażmy szerokiej publiczności!

Na dostępnych w 10 językach i szeroko dystrybuowanych ulotkach. Na stronach internetowych. W Google Earth. Microsoft Maps. Uruchommy działające i oferujące rzeczywiste usługi punkty informacji turystycznej. Trzeba zacząć od mozolnych, drobnych, ciężkich prac. Takich, które przynoszą  efekty w długotrwałej perspektywie. A nie od fajerwerków typu Expo, Euro czy Olimpiady. O fontannach nie wspomnę.

Znowu się kłania zasada brzytwy Ockhama – tym razem – pokazuje nam, że trzeba zacząć od rzeczy najprostszych, od marketingowych podstaw.

Tyczy się to nie tylko „organów” państwowych. W nie jest zawsze łatwo kopać. 

Popatrzmy na Google. Podobno mają siedzibę we Wrocławiu. Piszę podobno, bo w Google Earth po wpisaniu hasła Google Wrocław pokazuje się jakiś punkt na mapie, ale pod nim jest jedna jakże smaczna opinia:

Bad location on this map – aszczurowski – 22 Wrz 2008

google-wroclaw

Niesamowite. Prawda? Zwłaszcza jeśli porównamy to z wyszukiwaniem Google, Inc. w USA. Pewnie to jakaś głupia wpadka i nieporozumienie. Ale jakże symptomatyczna. Według mnie świadczy o pewnej barierze mentalnej. Nazwę ją nieumiejętnością korporacyjnej/urzędowej pracy u podstaw. Planujemy, roztaczamy wizję a nie umiemy porządnie wyczyścić butów. Jak ten dżentelmen o którym pisałem powyżej.

Wierzę jednak, że nie jest trudno taką barierę przełamać. Wystarczy, aby każdy szef do swoich codziennych obowiązków dorzucił krótki przegląd tego co na temat jego firmy/miasta/urzędu znajduje się w szeroko pojętym środowisku informacyjnym. Nie tylko w mediach pisanych lub elektronicznych ale również – a może przede wszystkim – w sieci, w bazach danych firm tworzących nawigację samochodową, oferujących usługi turystyczne. Itp.

Swoją drogą warto ściągnąć sobie najnowszą wersję programu Google Earth 5.0. Oprócz oglądania Ziemi, kosmosu i Marsa można w niej oglądać również morza i oceany i to co w sobie kryją. Według mnie – dla miast i wiosek nad polskim morzem – otwiera się nowy świat pełen fantastycznych, marketingowych i zyskownych perspektyw. Trzeba tylko przełamać tą barierę. W głowie.

%d blogerów lubi to: